Kiedyś, jako dziewczynka, usłyszałam taką zagadkę:
"Czym się różni wróbelek?
Tym, że ma dwie nóżki, a jedną bardziej."
Wiem, wiem, dowcip jest akurat idealny dla małych dziewczynek, śmiałam sie z niego w koźlęcych czasach do łez, a tymczasem...
A tymczasem okazuje się, że życie jest bardziej zabawne niż najbardziej zabawny wróbelek...
A historia wygląda tak:
 |
| na pierwszy rzut oka- wszystko w porządku... |
Był sobie stół do kart. Piękny, solidny, stary, z wyklejanym płótnem blatem. Pachniał pracownią prawdziwego mistrza z czasów, gdy pierwsze córki emancypantek maszerowały do szkoły z kokardkami we włosach... Może mistrz-stolarz usłyszał wtedy od swojej córeczki zagadkę zbliżoną do mojej, o wróbelku, bo chyba zrobił przodkom psikusa... Oj, zrobił...
 |
| blat po pierwszej próbie reanimacji |
Ale do rzeczy: stół należało odnowić, bo i płócienny wyklejaniec był nieco zmęczony życiem, i drewniane elementy błagały o litość.
Papier ścierny, szlifierka, para buch, koła w ruch i... Niespodzianka! Stół ma cztery nóżki, a jedną bardziej! Albo raczej: cztery nóżki, a jedną szczególną!
 |
| nóżka nie z tej parafii :-) |
Dobrze, że przodkowie tego nie widzą, bo żądaliby pewnie od stolarza satysfakcji... Kto ich tam wie... Chociaż... Skoro mieli stolik do kart, to pewnie raczej woleli kieliszek absyntu, niż pojedynki... Stolarz też pewnie wolał... W czasie pracy :-)