Nazbieraliśmy z dziećmi kasztanów cały wór, wczoraj wyprodukowałyśmy z córką połowę sawanny i 3/4 jakiejś prowincji chińskiej... Niesamowite jest to, że misie, które całkowicie, absolutnie i na 100% wyglądają dokładnie tak samo jak ludziki, stanowią odrębną rodzinkę, mają inne głosy i mieszkają w innym domku...
I o czym to świadczy?
Że jednak wygląd zewnętrzny nie ma znaczenia. Ważne, kto się kim urodził! :-)
Dopiero po intensywnej pracy z dziurawieniem i łączeniem kasztanów zapałkami przypomniałam sobie, jak trudno jest potem takie figurki wyrzucić z domu... No cóż... Byle do wiosny...
A tu niestety październik się rozpaździerniczył na całego: zimno, mgły, rano wstajemy po ciemku...
Dlatego ku pokrzepieniu serc powstał kolejny wianek - tym razem dębowy.

Cudny wianek ^^
OdpowiedzUsuńa z kasztanowymi ludzikami... znam to :) konika w zeszłym roku robionego oddałam Matce Naturze dopiero przy wyprowadzce, czyli w lecie :)
Nasze tegoroczne figurki właśnie dziś się rozpadły... Nie obyło się bez płaczliwego głosu i szklistych oczu... No jak tak można, żeby się zepsuć... (nie ukrywam, że ja aż tak bardzo nie rozpaczałam...! ;-))
OdpowiedzUsuń